18.03.2017

rozdział dwudziesty trzeci

na kochanie rady nie ma

To była najgorsza podróż w jej życiu. W pociągu zepsuła się lokomotywa i przez czterdzieści pięć minut stali w szczerym polu gdzieś za Malborkiem, czekając na pomoc, a zęby Michaliny uderzały o siebie, kiedy pocierała mocno ramiona, starając dać sobie trochę ciepła. Kiedy w końcu zatrzymali się w Warszawie Centralnej, monitor zawieszony pod sufitem podziemnego peronu głosił, że pociąg miał osiemdziesiąt minut opóźnienia. W taksówce było już tylko gorzej  pan zapowiedział, że podróż będzie trochę kosztować i już po pięciu minutach Misia była gotowa mu dopłacić tylko po to, żeby nareszcie się zamknął. Mijali warszawskie budynki, kapryśne światła uliczne, garstki przechodniów, a „optymizm” Witkowskiej topniał.
To był zły pomysł.
Jej myśli potwierdził fakt, że zostawiła parasolkę w pociągu i ulewny deszcz zdążył Michalinę solidnie zmoczyć, kiedy szukała odpowiedniej klatki. Kartkę mogła równie dobrze wrzucić do kałuży, kiedy w końcu znalazła się pod odpowiednimi drzwiami. Jedynym przejawem szczęścia było to, że ktoś je zepsuł i gdy pociągnęła klamkę, otworzyły się same. Nie była gotowa rozmawiać z Sylwestrem przez domofon. No, nie mówiąc już o rozmawianiu na żywo, ale by się przygotować, miała całą drogę po schodach.
Za mało. Kiedy zapukała i nikt nie odpowiadał, uznała to za znak, że powinna się wycofać, grzecznie wrócić, przeprosić, stanąć na ślubnym kobiercu i... powiedzieć „pierdol się, Słota”. Uśmiechnęła się do siebie. Może miała jeszcze poczucie humoru? Przestała się nad tym zastanawiać, kiedy drzwi nagle się otworzyły, a jej uśmiech zgasł. Sylwester wyglądał tak, jak go zapamiętała. Serce zabiło jej mocniej, aż poczuła gulę w gardle i dziwną słabość w nogach, ale nadal stała w miejscu, kiedy oparł się o framugę i wymamrotał coś, co zabrzmiało jej na przeprosiny.
 Och.
Wyrwało jej się to dosyć niekontrolowanie, bo w sumie nie wiedziała, jak zareagować. Wyglądał na trochę nieobecnego, mimo że wpatrywał się w nią tak intensywnie, że musiała spuścić wzrok. Uznała, że to dlatego jest najbardziej interesującym dla oka obiektem w pobliżu, bo przemokła jej koszula i widać było jej stanik. Super. Skrzywiła się i w odpowiedzi wlepiła wzrok w niego. Sylwester przypominał zagubione dziecko. Ktoś musiał ruszyć to wszystko do przodu, żeby mieli to za sobą i Misia mogła załamać się nad tym, że nie ma co ze sobą zrobić i właśnie spieprzyła sobie życie.
 I co teraz?  zapytała w końcu cicho, jakby miała głośniejszymi tonami obudzić wszystkich sąsiadów.
Odniosła wrażenie, że wybudziła go z transu. Oderwał się od tej nieszczęsnej framugi i uchylił szerzej drzwi tak, że musiała przecisnąć się do mieszkania pomiędzy jego ręką a nimi. Zahaczyła bokiem o klamkę i wydała z siebie coś pomiędzy jękiem, a piskiem, co natychmiast zgasiła. I tak poczuła się niezręcznie. Kiedy Sylwester odciął jej drogę ucieczki, w razie gdyby się rozmyśliła, w wąskim korytarzu zrobiło się ciemno. W tej ciemności poczuła, jak Sylwester dotyka jej ramienia i prowadzi ją powoli do (chyba) swojego pokoju. Kiedy już się tam znaleźli, zamknął i te drzwi, ale nie zapalił światła. Widziała jednak wszystko, no, prawie, bo latarnia na zewnątrz świeciła tak intensywnie, że trudno było Misi powiedzieć, że panuje tu ciemność. Strzemecki opadł na łóżko i przetarł oczy.
 To w sumie śmieszne  odezwał się nagle dosyć głośno, aż się wzdrygnęła na dźwięk jego głosu.  Myślałem o tobie. Że się świetnie bawisz. A się nie bawisz. I jakoś nie mam satysfakcji. To dziwne.
Zmarszczyła brwi. Wyrzucał z siebie krótkie zdania, niemal pół-zdania, jakby na więcej nie starczyło mu powietrza. Przypominał trochę kukłę, z rozstawionymi szeroko rękami i nogami zwisającymi z krawędzi łóżka. Nie wiedziała, czy ma zamknięte, czy otwarte oczy. Było jej zimno i czuła, jak woda kapie jej z włosów.
To był zły pomysł.
 Dlaczego miałbyś mieć satysfakcję?
Postanowiła wziąć udział w jego dziwnej grze. Nie była pewna, czy przypadkiem wcześniej czegoś nie pił, a z tego co pamiętała, alkohol wzmacniał jego prawdomówność.
 Bo chciałem, żebyś się bawiła tak samo chujowo jak ja. To byłaby dla ciebie forma kary, że wybrałaś Słotę. W sumie nie wiem, dlaczego. Niczego ode mnie nie chciałaś, chciałaś tego od niego i skoro ci tego nie dał, to nie bawisz się dobrze. Przyszłaś tutaj. Czego ci nie dał? Masz pieniądze. Masz wszystko. Czego ty możesz chcieć, co?
Misia zdała sobie sprawę, że szybko oddycha. Dlaczego na nią krzyczał? Podniósł głos w połowie wywodu i podniósł się, o mało nie opadając chwilę później na łóżko. Zrobił dwa kroki w jej stronę i w ciemności stanął z nią twarzą w twarz. Patrzył jej w oczy, była tego absolutnie pewna, mimo że wszystko było czarno-białe i spowite mrokiem, a każda kolejna kropla wody spadająca na jej ramię imitowała lodowaty pocisk.
To był zły pomysł.
 Czego ode mnie chcesz, Miśka? Odpowiedz mi. Chcesz mnie znowu kopnąć w dupę? Dać mi do zrozumienia, że nigdy nie będę wystarczająco dobry, wystarczająco dojrzały, wystarczający? No, dajesz. Nie będziesz dzisiaj pierwsza. Nie będziesz pierwsza w ogóle. To musi boleć.
To był zły pomysł. To był zły pomysł. Tobyłzłypomysł.
Oczy zaczęły niebezpiecznie piec, gula w gardle przybrała na sile i rozmiarze, a usta drżały niekontrolowanie. Chciała schować się w skorupie, ale nie mogła się schować. Sylwester stał przed nią, był na wyciągnięcie ręki i korzystał z tego, żeby oblać ją kwasem pełnym żalu. Czego ona się spodziewała? Czego? Cholera, przecież wiadome było, że to, co napisał na kartce, to była przeszłość. Chwilowy zryw, kiedy uznał, że mógłby namieszać i zepsuć coś Karolowi Słocie, rozpieszczonemu koledze z gimnazjum. Dlaczego musiała być tak głupia? Na pewno było mu lepiej w Warszawie i po raz kolejny coś zepsuła. Seria katastrof, którą rozpoczęła wyciąganiem go na tamten bankiet, znów wróciła na dobre tory i nie zamierzała się zatrzymywać.
 Nie wiem. Pójdę sobie. Nie wiem po co...
 Nie.
Kiedy odwróciła się w stronę drzwi, złapał ją za nadgarstek i odwrócił znów w swoją stronę. Wstrzymała oddech, kiedy znalazła się twarzą centymetry od jego twarzy. Mogła poczuć, że pił wino i wypalił o jeden tuzin papierosów za dużo.
 Po raz kolejny chcesz się wycofać z tej rozmowy, ale skoro już ruszyłaś się tutaj, do Warszawy, to najwyraźniej to był twój chwilowy akt odwagi. Nie tchórz teraz, Witkowska. Nie jestem tak dobrym dyskutantem jak Słota?
 Ja po prostu...
 Co? Po prostu co? Liczyłaś na komitet powitalny o pierwszej w nocy?
Pokręciła gwałtownie głową. Widziała, że się skrzywił, a przynajmniej tak jej się wydawało. Musiała go uderzyć w twarz mokrymi włosami.
 Wiedziałeś o wszystkim? O tym, że mój ojciec mnie sprzedał, jak w średniowieczu? Wiedziałeś, za co Karol ci płaci?
Sylwester puścił jej rękę i cofnął się o krok. Widziała, że nie tego się spodziewał, że wzięła go z zaskoczenia i szczerze mówiąc, trochę się ucieszyła. Mógł jej w tym szoku powiedzieć prawdę. Liczyła na to.
 O czym ty mówisz? Gdzie cię sprzedał?
 Karolowi. — Wzruszyła ramionami.  Ale Karol płacił i tobie. Za co?
 Pytasz mnie, bo wiesz, czy pytasz mnie, żeby sprawdzić, czy dobrze podsłuchałaś?
Westchnęła ciężko. Zdążył już wejść w tryb obronny, wiedziała, że nic z niego nie wyciągnie. Podeszła do komody i zlokalizowała na niej coś, co konturem przypominało lampkę. Nie pomyliła się. Chwilę później w pokoju zrobiło się w miarę jasno. Michalina wróciła do swojej torby i, nie patrząc na Sylwestra, wysypała jej zawartość na łóżko. Dzięki ciszy, mogła usłyszeć, jak Strzemecki gwałtownie wciąga powietrze ustami.
 Dwadzieścia tysięcy  odpowiedziała na pytanie, które, jak sądziła, miał zaraz zadać.  Tyle jestem warta.
Uniosła wzrok na Sylwestra. Nie potrafiła nic odczytać z jego twarzy. Wzrok miał całkiem pusty i wpatrywał się w pieniądze rozsypane na kołdrze. W końcu ruszył się, niczym lalka nakręcana kluczykiem na plecach i przykucnął obok łóżka. Podniósł jeden zwitek banknotów i zaraz odrzucił z powrotem na stos.
 To musi mi się śnić.
Pokręciła głową, uśmiechając się gorzko.
Dlaczego właściwie tu przyjechała? I znów, czego się spodziewała? Że on sam coś wymyśli, żeby naprawić jej życie, które potoczyło się tak, że nawet żaden scenarzysta nie wymyśliłby lepszego scenariusza na prawdziwy dramat? Spojrzała na swoje drżące dłonie. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że dalej nosi ten cholerny pierścionek zaręczynowy. Zdjęła go gwałtownie, raniąc sobie przy okazji serdeczny palec. Skrzywiła się i wrzuciła pierścionek do torby. Miała nadzieję, że zgubi go gdzieś po drodze, a jak nie, to może go sprzedać, kiedy zabraknie jej pieniędzy w samobójczej misji przeżycia w pojedynkę. Mogłaby się równie dobrze od razu zabić.
 Misia, co się stało?
Potrząsnęła głową, wytrącona z transu. Sylwester nadal siedział obok łóżka i wytrzeszczał na nią wzrok, ale nagle złagodniał. Nie wiedziała, czy dotarło do niego, że nie przyjechała się z nim kłócić, czy po prostu zadziałały na niego pieniądze. Musiała teraz przyznać się do porażki. Do tego, że nie wie, co dalej. Ojciec ją ostrzegał, że tak się skończy. Mówił jej też, że zasługuje na wszystko, co najlepsze i rzucił w nią ochłapami. Miała ochotę się rozpłakać, ale resztkami sił się od tego powstrzymywała.
 Zostawiłeś pudełko i uznałam... uznałam, że może... może...  urwała, zaciskając dłonie w pięści i spróbowała głęboko odetchnąć, ale wtedy jej plecami wstrząsnął szloch i nie była w stanie powiedzieć już nic więcej.
Zamknęła oczy i pozwoliła tej skorupie, w którą mogłaby się schować, przełamać na pół. Poczuła, jak ręce Sylwestra mocno ją obejmują, a jej głowa sama oparła się na jego ramieniu. Na twarz opadły jej włosy i nikt nie mógł zobaczyć, że płacze, bo włosy też były mokre. Właściwie, mógł ją zobaczyć tylko Strzemecki i już wiedział, że Michalina się poddała. Głaskał ją dłonią po plecach i mamrotał, że spokojnie, że nic się nie stało, a potem znów, że spokojnie. Wiedziała, że to nieprawda, ale pozwoliła się uspokoić, pozwoliła swoim palcom wczepić się w miłą w dotyku bluzę Sylwestra. To miało ją uchronić przed tym, żeby odsunął się za wcześnie, ale chyba nie miał zamiaru robić tego pierwszy.
Miała wrażenie, że minęła wieczność, zanim sama zdecydowała, że powinna się pozbierać. Delikatnie się od niego odsunęła i odgarnęła włosy z twarzy, a później podeszła do okna i lekko je uchyliła. Potrzebowała świeżego powietrza. Najlepiej właśnie tego od razu po deszczu, kiedy wszystko parowało i uderzało w człowieka orzeźwiającym powiewem. Potrzebowała pomocy. Jakiegoś znaku, czegokolwiek, co udowodniłoby jej, że może jeszcze mieć nadzieję. Na co? Po raz pierwszy nie była pewna tego, co przyniesie jej jutro.
 Że może co? Uznałaś, że może co?
Wzdrygnęła się. Zapatrzona w jeden punkt przed sobą, nie usłyszała i nie poczuła, że Sylwester znalazł się tuż obok. Zerknęła na niego. Zapalił papierosa i od razu dmuchnął dymem w stronę budynku naprzeciw. Misia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Prawdę. Ale nie wiedziała już, czy chciała ją mówić.
 Uznałam, że może to prawda. Co napisałeś na tej kartce, pamiętasz? Ja pamiętam. „Przepraszam, kocham cię i…
 … daję święty spokój”.
Spojrzała na Strzemeckiego zaskoczona. Powiedział to spokojnie, bez emocji, strzepując pył na parapet.
 Napisałem to, bo byłem pewny, że to prawda. Nie czekały mnie z tego tytułu żadne konsekwencje, więc napisałem, co czułem i zostawiłem. Byłem dziwnie pewien, że nie będziesz tego roztrząsać i spełnię twoją prośbę: dam ci spokój. Wygląda na to, że wbrew mojej woli, wcale tak nie jest.
 Byłeś pewny, że to prawda?  wykrztusiła.  Już nie jesteś?
 Nie powiedziałem tego.
 Dałeś mi do zrozumienia.
 Michalina…
 Nieważne, usłyszałam to, co chciałam. Jestem kretynką.
Prychnęła, odsuwając się od okna i natychmiast doskoczyła do rozsypanych na łóżku pieniędzy, po czym zaczęła je nerwowo wciskać do torby. Co ona sobie wyobrażała? Potwierdził jej obawy: nie miała tu czego szukać. Była skazana sama na siebie, towarzystwo swoich myśli i potwornych głupot, jakie zrobiła. A mówili o niej, że jest takim mądrym dzieckiem, że tak daleko zajdzie. Jasne, do warszawskiego dworca. Nie mogła teraz wrócić do domu. Nawet nie miała domu. Czuła się samotna, zła i bezradna. Najgorsza kombinacja, jaką mogła sobie w tym momencie wyobrazić.
Sylwester złapał ją za nadgarstek w momencie, gdy mocowała się z zamkiem. Próbowała wyszarpnąć rękę, ale chwycił za mocno.
 Uspokój się.
 Nie uspokajaj mnie!
 Michalina… kochasz mnie?
Momentalnie zastygła. Nie patrzyła na niego, tylko w punkt gdzieś za nim, powstrzymując kolejny atak wściekłości, jakiś system obronny przed tą konfrontacją. Odpowiedź na to pytanie była jednoczesnym odkryciem siebie. Całkowitym odkryciem serca i skazaniem go na cios. Nie spodziewała się niczego innego. Odpowiedź była jasna: tak. Nie przyjechałaby tu, gdyby nie żywiła do niego żadnych uczuć. I nie, nie chodzi o te negatywne. A wolałaby go nienawidzić. O ile to jest prostsze uczucie. Pozwala ranić i odsuwać, czyli to, co Michalina potrafi najlepiej. W przeciwieństwie do bycia ranioną i odsuwaną.
 Nie.
Musiała to powiedzieć. Była do tego zmuszona przez tę Michalinę, która jeszcze posiadała resztki zdrowego rozsądku. Wiedziała, jak wyglądałby scenariusz z twierdzącą odpowiedzią.
Gdyby Sylwester również czuł to samo, prawdopodobnie oboje skończyliby nieszczęśliwi. Oszukiwaliby się, że wszystko gra. Oszukiwaliby się, że tak ma być. Żyliby za ukradzione pieniądze, po które przecież Karol by się zgłosił i zrobił Witkowskiej z życia jeszcze większe piekło niż to, w którym już żyła. Ta znajomość z góry była skazana na porażkę, a świadomość tego wisiałaby nad nimi jak widmo.
Gdyby okazało się, że Sylwester wcale tego nie czuje, a tak właśnie sądziła, złamałby jej serce podwójnie. Wolała zaryzykować i w razie czego złamać jego serce pierwsza. To boli mniej. A przynajmniej miała nadzieję, że tak będzie, bo w momencie, kiedy zaprzeczyła, zrobiło jej się niedobrze. Kłamstwo natychmiast zadziałało jak trucizna.
Sylwester puścił jej rękę. Odsunęła się od niego, dopięła torbę do końca i zarzuciła sobie na ramię. Dopiero wtedy odważyła się na Strzemeckiego spojrzeć. Jego twarz nie wyrażała nic. Patrzył na nią tak, jakby spodziewał się tej odpowiedzi, ale i tak miał wątpliwości, co powinien teraz zrobić. Wcale nie odetchnęła, tak jak się tego spodziewała. Jak mogła pomyśleć, że Sylwester zareaguje inaczej? W tej kwestii wcale się nie różnili: nie daj po sobie poznać, że zabolał cię cios przeciwnika. Bo zawsze jest przeciwnik. Nigdy partner. Druga osoba to intruz.
 Więc czego ode mnie chcesz? Dlaczego się wściekasz?
Głos miał całkowicie obojętny. Bolało jak cholera. To ona miała być obojętna, beznamiętna, przyjść tu z konkretnym interesem. Czuła się jak w teledysku, minutę do końca. Musiała wymyślić puentę.
 Sądziłam, że jeśli się okaże, że pisałeś prawdę, będziesz bardziej skłonny, by mi pomóc. Nikt inny nie przyszedł mi do głowy. To przez tę kartkę.
Strzemecki prychnął.
 Jak mam ci pomóc?
 Nie wiem. Nie mam pojęcia. Ja… nie chcę wracać do Trójmiasta. Nie mogę.
 Uważasz, że powinienem się tym przejąć?
 Cóż… scenariusz w mojej głowie zakładał zupełnie inne reakcje.
Ku wielkiemu zdziwieniu Michaliny, Sylwester głośno się zaśmiał. I to całkiem szczerze, a przynajmniej tak jej się wydawało. Znów. Nie potrafiła już go przejrzeć. Tymczasem Strzemecki uśmiechał się krzywo, wydając z siebie odgłosy, które miały być chyba złośliwym śmiechem. Kiedy w końcu się uspokoił, powiedział:
 Nie wierzę. Ty się nigdy nie zmienisz, Miśka. Ty już zawsze będziesz robotem. Cóż, nawet jeśli to, co pisałem na tej kartce, było prawdą, na pewno już nią nie jest. Gustuję w dziewczynach, a nie w maszynach zdolnych tylko do… interesów. Uczucie uległo wypaleniu, szukaj gdzie indziej. Sama powiedziałaś, że nie jestem ci już nic winien, to chyba też pamiętasz?
Pokiwała głową. Oczywiście, że pamiętała.
 Przez chwilę… przez chwilę sądziłem, że może przyjechałaś tu po coś innego. Wychodzi na to, że też bywam naiwny. Jestem ci potrzebny tylko wtedy, kiedy masz problemy. Kiedy potrzeba ci jakiegoś wieśniaka na bankiet, kiedy twój ukochany narzeczony bierze pieniądze za życie z tobą. To musi być przykre, że w takich sytuacjach zostaję ci tylko ja. Nie jestem lekiem na całe zło, ani niczym w tym stylu. Jestem śmieciem, nie pamiętasz? I nie muszę już grać twojego chłopaka. Mógłbym cię stąd wyrzucić i nie miałbym wyrzutów sumienia.
 Więc dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś?
 Bo wiem, jak to jest i nawet ty nie zasłużyłaś na takie uczucie beznadziei.
Miał rację. Role się odwróciły. To on mógł łaskawie wyciągnąć pomocną rękę, ale przecież wcale nie musiał. Nie miał takiego obowiązku. Nic ich nie łączyło. Miała tego świadomość, kiedy tu jechała. Powtarzała sobie, że to zły pomysł. I oczywiście taka była prawda. Zabolało ją to, co powiedział. Nie była robotem, a jej narzeczony wcale nie był ukochany. Jej życie było żartem, ale grając na zwłokę kartą „nie kocham cię”, uznała, że kupi sobie więcej czasu. Pomyliła się.
 Mogę załatwić ci nocleg na jakieś dwa dni, ale potem musisz zniknąć. Karol na pewno się domyśli, że przyjechałaś do mnie. Nie chcę żadnych śladów twojej obecności. Mam też warunek. Mojego drugiego przyjazdu do Sopotu nie było. Zapomnijmy o nim. Spłacam swój dług tym, że daję ci czas. Pasuje ci to?
Michalina pokiwała głową. Odruchowo. Mogłaby jeszcze wszystko odkręcić, ale nie chciała. Strzemecki był zdecydowany, a tego potrzebowała. Ktoś mógłby powiedzieć, że pozbawiała się szansy na prawdziwą miłość, on na pewno też ją kocha, skoro jej pomaga, bla bla bla. Nie wierzyła w to. Kiedy uścisnęła mu rękę, czuła, że to chłodny uścisk, mimo że Sylwester uśmiechnął się lekko. Te wszystkie miłe gesty brały się z tego, że uważał ją za kogoś innego, niż naprawdę była. Smutna prawda okazała się taka, że Witkowska nie była warta kochania. Wzięła to sobie do serca.
Usiadła na łóżku, kiedy Strzemecki wyszedł na przedpokój, by zadzwonić. Pozwolił jej i skorzystać z internetu, ale kiedy otworzyła laptopa z zamiarem zrobienia tego, nie pokazał się pulpit, a folder. Wysłała mu go dawno temu, w całkowitej pewności, że będzie się nabijał, ale lubiła słuchać tych piosenek, kiedy była smutna. Folder z playlistą „wczesna jesień”.
Wiedziała, co to oznacza.
Teraz jednak zyskała pewność, że zrobiła dobrze.
Jesień nie była jeszcze nawet na horyzoncie, a Michalina musiała zniknąć z horyzontu Strzemeckiego, nim na dobre zaczęło się lato. Dorosłość była beznadziejna właśnie z tego powodu. Witkowska musiała patrzyć daleko przed siebie, wypatrując konsekwencji, bo nikt nie mógł zrobić tego za nią.
Uśmiechnęła się gorzko. Jaka jest długość dźwięku samotności? Najdłuższa na świecie.

Sylwester czuł, że coś powoli osiada na jego klatce piersiowej i go dusi. Michalina kroczyła obok niego, nerwowo szarpiąc zamek torby podróżnej. Zmierzali w stronę mieszkania Sandry, dochodziła piąta rano, a osiedle powoli budziło się do życia  nie wstał zwykły ranek, a ten poniedziałkowy.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, że odbył chyba najważniejszą rozmowę w swoim życiu i potrząsnęła nim nawet mocniej niż ta wcześniejsza, z Magdą. Pozbył się wszelkich złudzeń. Warszawa była jego jedyną opcją i wraz z pozbyciem się tej ostatniej linki, która łączyła go z Trójmiastem, czuł się powoli na swoim miejscu, mimo że poczucie zranienia czaiło się za znieczuleniem zrodzonym z butelki wina.
Wpisał kod do domofonu Magdy, a potem skierował siebie i Misię do windy.
Jechali w milczeniu, mijając kolejne piętra. Nie mieli już sobie nic do powiedzenia, czuł jedynie to dziwne, krępujące napięcie, jakby któreś miało w każdej chwili wybuchnąć. On nie miał zamiaru, Misia tym bardziej, coś jednak między nimi stało. Odetchnął dopiero, kiedy pchnął drzwi na odpowiednim piętrze i wyszli na klatkę schodową. Magda już stała w otwartych drzwiach do mieszkania, owinięta szlafrokiem. Wyglądała na zmartwioną, a nie wściekłą. To był dobry znak.
 Dwa dni, tak? Magda.
Wyciągnęła rękę w stronę Michaliny, wymieniły krótki uścisk, po czym Magda zaprosiła Misię do środka, ale sama nie weszła za nią, tylko odczekała chwilę. Najwyraźniej chciała coś Sylwestrowi powiedzieć. Między brwiami pojawiła jej się zmarszczka.
 Co ty robisz?
 To się chyba nazywa dojrzewanie, Majka.
Westchnęła ciężko i pokręciła głową.
— Dwa dni. Potem jej nie ma.
Sylwester kiwnął głową i zbiegł szybko po schodach, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej. Kiedy znalazł się już piętro niżej, usłyszał trzask drzwi.
Wiedział, że dziś w nocy przyśni mu się twarzy Michaliny Witkowskiej, wściekłej, rozmazanej, obwiniającej go o wszystko co złe. Później uderzy go w policzek, a Sylwester obudzi się z krzykiem, czując, jak przeszłość powoli puszcza jego szyję, pozwalając mu swobodnie oddychać. Kiedy wyjechał pierwszy raz, też tak było.
Teraz jednak miał świadomość, że to koniec. Miał ostatnie słowo w epilogu tej historii. Pchnął drzwi klatki schodowej i wyszedł na świeże powietrze, które uderzyło go w twarz chłodnym wiatrem. Wcisnął dłonie do kieszeni bluzy i uniósł twarz w stronę nieba.
Ostatnie zdanie? Na kochanie rady nie ma.  
KONIEC
Chciałabym podziękować wszystkim, którzy czytali. Cicho lub głośno. Nieważne. Dziękuję. To dla mnie bardzo wiele znaczy. Nie wiem, czy to jest zakończenie, jakiego chciałam, ale prawdę mówiąc, nie pamiętam. Wiem tylko, że chciałam to skończyć i czuję ulgę. Zajęło mi to prawie trzy lata i... wow, co nie? Wow.